Mamo, znajdź czas! Jak się zorganizować w pierwszych latach macierzyństwa? - Mamywsieci.pl
Teraz czytasz...
Mamo, znajdź czas! Jak się zorganizować w pierwszych latach macierzyństwa?

Planer na Dobry Rok

Mamo, znajdź czas! Jak się zorganizować w pierwszych latach macierzyństwa?

„Nie mam na nic czasu”. „Z niczym się nie wyrabiam”. „Odkąd mam dzieci, wygospodarowanie wolnego czasu dla siebie jest bardzo trudne”. Większość z nas powtarza te zdania regularnie. Czy jednak może być inaczej? Jak się zorganizować? Cennymi radami dzieli się Bożena Kowalkowska, autorka książki „Odzyskać Czas”, która na temat organizacji wie chyba wszystko.

Jak mama ma mieć na wszystko czas? I czy to w ogóle możliwe?

Bożena Kowalkowska*: Możliwe, ale w sytuacji, kiedy dziecko jest już starsze i w zasadzie samodzielne. Noworodki i maluchy wymagają ciągłej uwagi. Oczywiście można, a nawet powinno się angażować do opieki partnera, korzystać z pomocy babć, niań i przyjaciół, ale nic nie zmieni faktu, że małe dziecko to duża zmiana w życiu.

Nie do końca wierzę, że w okresie maleńkości dziecka da się zachować słynny work-life balance – w moim wypadku to się na przykład nie udało. Trudno rozwijać się w tych obszarach równocześnie, bez wyrzeczeń i strat. Oczywiście bywa łatwiej, jeśli mamy w domu gosposię, osobę do sprzątania, nianię na dzień, nianię na noc – bo w tylu rolach występują na co dzień rodzice małych dzieci oraz turbo spokojne dziecko. Ale nawet wtedy zmęczenie i tak nas dopadnie, tylko może w innych momentach.

Nawet jeśli trafi się nam najspokojniejsze dziecko świata, to i tak się człowiek zmęczy. To pewne jak gorączka przy anginie. Więc nie, nie wierzę, że w tym okresie można mieć czas na wszystko. Ale wierzę i wiem na pewno, że można być mniej zmęczoną, a bardziej radosną i spełnioną mamą.

Macierzyństwo bezpowrotnie zmienia dotychczasową rzeczywistość [wywiad]

Stereotypowo mama, która “siedzi” w domu, powinna mieć czas, by ugotować obiad, posprzątać i jeszcze znaleźć czas, by o siebie zadbać. Dlaczego to niemożliwe?

Ten kto nazwał opiekę nad dzieckiem „siedzeniem w domu” był wyjątkowo okrutny. W mojej ocenie taka mama powinna przede wszystkim zadbać o siebie. O swój komfort i odpoczynek. To od jej poziomu energii i poczucia szczęścia zależy komfort dziecka, budowanie z nim więzi czy choćby motywacja do zabawy z maluchem. Jeśli kondycja psychiczna posypie się u mamy, to posypie się w całym domu. Jeśli przy okazji  uda się coś upichcić, coś umyć, ogarnąć to ekstra, ale bez żadnego „muszę”.

Opieka nad dzieckiem to praca jak każda inna, dopiero kiedy drugi rodzic przejmie opiekę, można próbować – powtarzam próbować!, podejmować inne obowiązki domowe. W innym razie polecam korzystanie z barów mlecznych, słoików od teściowej albo systemu wspólnego gotowania raz na cały tydzień i mrożenia porcji. Warto uśmiechnąć się do zaprzyjaźnionych rodziców, we dwie/dwoje wszystko robi się raźniej. Dobrze sprawdza się wtedy też system zmianowy: raz ja, raz ty, raz u ciebie, raz u mnie.

Zachęcam też do angażowania do pomocy babcie, przyjaciółki, sąsiadki czy studenta i wyprawianie dziecka z nimi na spacer. Dziecko śpi, dotlenia się, raczej nie jest świadome kto gdzie i co, a mamie też będzie łatwiej się z dzieckiem wtedy rozstać. Dla zmęczonego rodzica taka godzina albo dwie w ciągu dnia to jest raj! Dla znajomego emeryta aktywizacja, dla babci i dziadka dziecka czy przyjaciela – wyraz największego zaufania do ich osoby. Jeśli chodzi o względy finansowe, to uważam, że właśnie po to powstało słynne 500+.

Psycholog: krzyk to ból po każdej ze stron, po stronie mamy i po stronie dziecka [wywiad]

Da się pogodzić pracę zawodową z macierzyństwem, by nie było szkód?

Zależy jaką pracę wykonujemy. Bo jeśli odbywa się ona w stałym rytmie i po 6-8 godzinach można zamknąć za sobą drzwi i spokojnie przeistoczyć się w mamę, to stopniowe wracanie do pracy może być bardzo przyjemnym i uwalniającym doświadczeniem. Ale wszyscy wiemy jak jest – praca, nawet ta najbardziej przyjemna czy wynikająca z pasji, to jednak nadal praca. A w dzisiejszych czasach, kiedy panuje kult pracy po godzinach, w wielkim stresie i niepewności, chyba tylko pracując jako bibliotekarka można mieć pewność, że nikt nie będzie do nas wydzwaniał po 18.00 i domagał się raportu na wczoraj.

Jestem zwolenniczką teorii, że podejmowanie angażującej pracy w pierwszych miesiącach życia dziecka, zwłaszcza podczas przysługującemu nam urlopu macierzyńskiego, często nie jest warte zachodu. Chyba, że traktujemy to jako bardzo ważny aspekt naszego życia, pasję, może nawet relaks – coś, co w razie niepowodzenia nie wywoła frustracji czy lęku. Wtedy tak, wtedy ma to sens! W innym razie, to często jakaś dzika szarpanina, która jest początkiem zniechęcenia i wypalenia.

Oczywiście mam świadomość, że wiele mam jest w sytuacji bez wyjścia i chce czy nie chce musi pracować, ale zawsze mam nadzieję, że jakiś mały ruch może dużo zmienić. Mamom dzieci przedszkolnych zawsze sugeruję skrócenie dnia pracy o 1–2 godziny albo przejście na 3/5 lub 4/5 etatu, co skutkuje skróceniem tygodnia pracy o 1–2 dni. Budżet domowy tak bardzo na tym nie ucierpi, a zyski emocjonalne są bezcenne.

Praca pracą, ale są też obowiązki domowe. Góra prania, rzeczy do ułożenia, podłogi pełne zabawek. Która z nas tego nie zna. Może są jakieś triki, które pomogą się zorganizować?

Jest jeden: mieć wszystkiego mniej. Jestem z tych, którzy maksymalnie upraszczają sprawy. Mniej ubrań to mniej prania i składania. Im mam mniejszy wybór, tym szybciej podejmuję decyzję, co na siebie włożyć. Gdy dzieci mają mniej zabawek, dużo łatwiej skupiają się na zabawie nimi. Im mają większy wybór, tym są bardziej zagubione. Polecam system rotacyjny. Raz na miesiąc warto przełożyć zabawki, które często były w użytku, na najwyższą półkę, a te mniej popularne ponownie wyeksponować. Taka rotacja pozwala odkrywać te same zabawki po kilka razy.  Jednym słowem – postawiłabym na minimalizm, który przypomnę – nie oznacza posiadania małej liczby rzeczy, tylko ich wystarczającą liczbę. To raz.

A dwa, każdej z rzeczy trzeba wyznaczyć stałe miejsce, tak aby wszyscy domownicy potrafili samodzielnie doprowadzić mieszkanie do ładu. Jeśli każdy przedmiot ma swoje logiczne miejsce w domu, to nawet 5-letnie dziecko podoła tej sytuacji. W moim odczuciu porządkowanie polega w głównej mierze właśnie na odkładaniu na miejsce, szorowanie czy czyszczenie to czynności, które wykonuje się raz na kilka dni i najszybciej odbywają się w uporządkowanej przestrzeni.

Najlepiej zacząć z poziomu podłogi. Im mniej obłożona podłoga, tym więcej przestrzeni. Zagracone mieszkania to te, w których spotkanie szczotki na kiju z listwą podłogową nie jest możliwe albo jest stale przerywane. Dodatkowo, niech się wali i pali, ale jeśli wokół nas ma panować harmonia, to trzeba zwrócić uwagę na blaty i półki. Blat biurka, stołu, blat w kuchni, blat parapetu, umywalki czy wanny – każdy musi być czysty w obu tego słowa znaczeniach.

Jakie narzędzia mogą pomóc rodzicom w organizowaniu czasu?

Wspólny kalendarz, do którego każdy z rodziców ma swobodny i nieograniczony dostęp, np. googlowski albo klasyczny z podziałem na miesiące wiszący na lodówce. Ale na nic zda się taki kalendarz, jeśli wspólnie nie ustalimy jakichś reguł jego obsługi. Zdarza się, że ktoś w tak zawiły  sposób wprowadza do kalendarza swoje zobowiązania, że druga strona szybciej się podda niż zrozumie. Bywa też, że coś nie zostaje wprowadzone do kalendarza, bo wydaje nam się to oczywiste i „przecież wczoraj o tym mówiłam!” i następuje komunikacyjny pat.

Polecam wspólne cotygodniowe (np. w każdy poniedziałek), updatowanie takiego kalendarza. Dzięki rozmowom nad kalendarzem można uniknąć wielu nieporozumień, wspólnie poszukać rozwiązań, zastanowić jak wzajemnie się wesprzeć. „Skoro we wtorek jesteś cały dzień na konferencji, to odbiorę dzieci ze szkoły i zawiozę je na dodatkowe zajęcia, ale wieczorem mam wizytę u lekarza, więc musisz je przejąć o 19.00, czy dasz radę?” „Tak. I mogę zająć się nimi przez całą środę i czwartek. Niestety w piątek jestem już wyjęty”. „Dobra, to tak zróbmy. W piątek już mam luźniej, więc jest ok”.

Zobacz także

Przy okazji tego typu rozmów można bez większego wysiłku dowiedzieć się, co robi nasz partner, nad czym aktualnie pracuje, co go martwi, co stresuje. To też szansa, żeby opowiedzieć o własnych przeżyciach.

Jak macierzyństwo zmieniło Twoje postrzeganie rzeczywistości? Czy jest możliwe funkcjonowanie na takich samych warunkach jak przed dziećmi?

Myślę, że to bardzo indywidualna kwestia, związana z naszym wychowaniem, charakterem czy doświadczeniami. Dla niektórych rodzin pojawienie się dzieci tylko w minimalnym stopniu zmienia ich życie – ot, siedzi ich trochę więcej przy stole i mają trochę więcej prania. Big deal! Wszystko robią razem, odczuwają spokój i harmonię.

Dla innych to gwałtowny zwrot w życiu, który zmusza do zmiany swoich przyzwyczajeń, wejścia w zupełnie inny nieznany dotąd tryb. To tak samo jak z predyspozycją do uczenia własnego dziecka a jej brakiem, umiejętnością zabawy z dzieckiem, czerpaniem z tego radości a poczuciem nudy i dyskomfortu. Są ekstrawertycy i introwertycy. Każdy inaczej odczuje pojawienie się nowego członka rodziny.

Mnie bliżej do rewolucji w życiu. Musiałam nauczyć swój organizm przejścia z trybu sowy na tryb skowronka, pilnować godzin swojej pracy a nie płynąć z jej prądem. Odkąd nasze dzieci są na świecie inaczej się odżywiam, inaczej spędzam wakacje i innymi rzeczami się ekscytuję. Za niektórymi rzeczami tęsknię – czasami nawet bardzo, ale prawda jest też taka, że to dzieci nauczyły mnie dbania o samą siebie. Ich pojawienie się zmusiło mnie do jasnego wyznaczania granic, zadbania o własne zdrowie, bo jak inaczej miałabym dotrzymać im kroku.

Ale macierzyństwo przede wszystkim dodało mi wiary w siebie. W tylu kryzysach byłam, tyle ciężkich dni i nocy, strachów i niepewności za mną, że czasem myślę po prostu: wtedy dałaś radę, to teraz też dasz.

Pytanie dla mnie najważniejsze: jak znaleźć czas dla siebie? Jak przekonać samą siebie, że tego czasu na odpoczynek, na bycie z samą sobą, potrzebujemy?

Do tego typu wniosków każdy dochodzi sam, w swoim tempie. Zawsze jest mi przykro, kiedy widzę, że kobieta gotowa jest zawalczyć o siebie, dopiero kiedy jest na skraju wytrzymałości. To jest też o mnie i dziś szczerze lituję się nad „tamtą” sobą.

Ale być może niektórym z nas łatwiej jest skończyć z wyniszczającymi nawykami, dopiero kiedy dobijemy dna. Uważam że tylko kobieta  która jest świadoma swoich potrzeb, dba o swoje granice, zna swoje ciało i ma w sobie choćby odrobinę czułości dla samej siebie, potrafi szczerze dać coś od siebie światu. Naprawdę trudno nalać z pustego.

Dlatego jak mantrę będę powtarzać, że to od własnej przyjemności należy zaczynać planowanie każdego tygodnia i pod nią układać cały plan. To, czego się nie zaplanuje, zwłaszcza jeśli chodzi o przyjemności, tego nie będzie! A czasu nie da się cofnąć, zwłaszcza że z przyjemnościami nie jest tak jak z pracą – nie da się ich nadgonić ani nadrobić, znikają i już.

Wiem, że kobiety bardzo często stawiają siebie na ostatnim miejscu i w głowie im się nie mieści, żeby zmienić tą kolejność, ale ja wierzę w metodę małych kroków, i zapewniam że 15, 20, 30 minut w ciągu dnia tylko dla samej siebie, to żadna zbrodnia. Tyle na początek, na spróbowanie, żeby przekonać się że warto, że te momenty dają prawdziwą moc. A co dalej, to już decyzja każdej z nas.

*Bożena Kowalkowska – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Prowadzi wykłady, warsztaty, spotkania autorskie i panele dyskusyjne. Jesienią 2020 r. ukazała się jej debiutancka książka „Odzyskać Czas”. Mama 9-letniej Marianny i 6-letniego Tadeusza.

Jak oceniasz ten tekst?
Dobry
0
No, nie wiem
0
Świetny
0
Uwielbiam
0
Zwariowany
0
View Comments (0)

Leave a Reply

Your email address will not be published.

(c) 2012-2021 Ekomedia   |   wykonanie: BioBRND.pl