Rodzicielstwo bliskości. Chwilowa moda czy sposób na szczęśliwe dziecko? - Mamywsieci.pl
Teraz czytasz...
Rodzicielstwo bliskości. Chwilowa moda czy sposób na szczęśliwe dziecko?

Planer na Dobry Rok

Rodzicielstwo bliskości. Chwilowa moda czy sposób na szczęśliwe dziecko?

rodzicielstwo bliskości

Wydaje się, że rodzicielstwo bliskości przeżywa dziś kryzys. Rodzice wierzą, że podążając tą drogą, otrzymają instrukcję wychowania dziecka. Zapominamy, że to jedynie zbiór podpowiedzi i sugestii, z których każdy może wybrać coś dla siebie. O krytyce rodzicielstwa bliskości i miejscu rodzica w tej relacji rozmawiam z Karlą Orban, psychologiem pracującym w duchu Porozumienia bez Przemocy i w oparciu o Rodzicielstwo Bliskości.

Kliknij, by przeczytać pierwszą część rozmowy z Karlą Orban na temat rodzicielstwa bliskości.

Rodzicielstwo bliskości w ogniu krytyki

Rodzicielstwo bliskości bywa określane jako dzieciocentryzm, a rodziców sięgających po tę ideę, oskarża się o zatracenie siebie dla dziecka. Skąd ta krytyka?

psycholog rodzicielstwo bliskości
Karla Orban, arch. prywatne

Karla Orban*: Rodzice paradoksalnie bywają dziś bardzo samotni, stąd coraz większa jest popularność internetowych grup wsparcia dla rodziców. Wiele z nich określa się jako „bliskościowe” czy „w duchu rodzicielstwa bliskości”, bo ich założyciele chcą tym przyciągnąć ludzi z podobnymi wartościami, którzy nie będą doradzali przemocy jako narzędzi wychowawczych i chcą mieć z dziećmi relację opartą na bezpieczeństwie i szacunku.

I jak w każdej grupie wsparcia, pojawia się wiele próśb o poradę i opisów jakiegoś problemu. Padają różne odpowiedzi, skróty myślowe, a także – co niekoniecznie dobre – internetowe diagnozy. I te komentarze stają się wizytówką całej grupy rodziców, tu „bliskościowych”, mimo że spora część z nich może mieć inne poglądy, praktyki i doświadczenia.

Kiedy ktoś pisze, że „dwulatek ma jeszcze czas, żeby zacząć mówić, czym wy się przejmujecie”, a na codzienne i intensywne wybuchy złości, „że dzieci tak mają, to jest rozwojowe”, to rzeczywiście można by wywnioskować, że w rodzicielstwie bliskości nigdy na nic się nie reaguje. Nie byłoby to dobre ani dla dziecka, ani dla dorosłych wokół niego, ale nie wynika z żadnego znanego mi poradnika czy szkolenia dla rodziców w nurcie rodzicielstwa bliskości.

Wręcz przeciwnie, lwią częścią psychoedukacji, którą staramy się wykonywać, jest właśnie tematyka granic i mądrego przewodnictwa, a nie pozostawiania dzieci samym sobie.

Jako rodzice łatwo wpadamy w skrajności?

Często wynika to z prób przeciwstawienia się temu, co pamiętamy z własnego dzieciństwa. Wielu rodziców pamięta, że jako dzieci czuli się niewysłuchani, mniej ważni, że w ich domu rodzinnym nie rozmawiało się o emocjach, a dziś chcieliby mieć narzędzia, by zadbać o swoje zdrowie psychiczne. Budować relacje bez szantażu, przemocy fizycznej wobec dziecka, strachu. Chcą czegoś innego w swojej rodzinie.

Powiedziałabym też, że nie mogą powielać tamtych wzorców, bo stare metody wychowawcze często prowadziły do jakiejś formy przemocy, na którą dziś nie pozwalamy. Bywa jednak, że chcąc robić więcej tego, czego nam zabrakło, tracimy równowagę.

co to rodzicielstwo bliskości

Słyszę czasem coś takiego: „Ze mną nikt nie rozmawiał o emocjach, nie wspierał, nie słuchał. Więc gdy moje dzieci się złoszczą czy smucą, zawsze reaguję, rozmawiam, próbuję coś z tym zrobić. Kiedy płacze, myślę, że dzieje mu się krzywda”. Jest w tym sporo bezradności i lęku, że nie uda nam się pomóc, a dziecko – tak jak my kiedyś – będzie się czuło osamotnione.

Czasem trzeba pomocy kogoś z zewnątrz, żeby zobaczyć, że to jednak dość skrajne, a my możemy sobie pozwolić na mniej interwencji, na niedoskonałość. Nie musimy być wszechmocni i wszechobecni w życiu dzieci, a one nadal będą miały z nami dobrą, bliską relację.

Jak stawiać dziecku mądre granice?

Pamiętam, że sama wpadłam w „pułapkę rodzicielstwa bliskości”. Byłam tak mocno skupiona na dziecku i nawiązaniu z nim relacji, że zupełnie zapomniałam o sobie i swoich potrzebach. To zrodziło we mnie ogromną frustrację. Jak zatem odnaleźć równowagę i pozbyć się wyrzutów sumienia, gdy np. odmawiamy zabawy, by móc chwilę odpocząć?

Odmawiając swojemu dziecku, wyposażamy je w bardzo cenną umiejętność odmawiania. Uczymy mówić „Teraz potrzebuję odpocząć”, „Nie mam ochoty tego robić”, „Jestem zmęczona”. Odmowa nie musi oznaczać, że staję się oschła, obojętna, obrażona, zrywam kontakt czy jestem wściekła, że ktoś czegoś ode mnie chciał.

Czasami proszę, żeby rodzic wyobraził sobie, że rzeczywiście udało mu się latami odgadywać wszystkie potrzeby, zgrać z dzieckiem w tym, kiedy chce się bawić, spać albo odpoczywać, a do tego nigdy nie rozczarował go swoją odmową czy złością. Jak wysoko postawilibyśmy poprzeczkę przyjaciołom i partnerom dziecka? Gdzie znaleźliby człowieka tak dostępnego jak my? I jak poradziłoby sobie z przekonaniem, że dawanie to jedyna składowa miłości i sympatii?

Zmienia się wtedy nasze spojrzenie na odmowę. Staje się czymś koniecznym do tego, by być blisko z drugim człowiekiem i całkiem się w tym nie zatracić. Odmawiam dla siebie i dla dziecka, a nie przeciwko dziecku.

To zupełnie naturalne, że możemy nie być w stanie wprowadzić tak dużej zmiany w naszym podejściu z dnia na dzień. To raczej ewolucja niż rewolucja: mówiąc, czego potrzebujesz i czego nie chcesz, po pewnym czasie czujesz się z tym coraz pewniej. Bardzo rezonują ze mną słowa Tomka Sadzewicza, od którego usłyszałam kiedyś, że „Równowaga to jest ruch”.

Zobacz także

Nie będziemy w równowadze cały czas. Będziemy mieć okresy dawania, jak wtedy, gdy dzieci są niemowlętami, a później równie naturalne okresy brania, kiedy potrzebujemy się zregenerować, poprosić o pomoc albo odmówić.

Czy podążając za zasadami rodzicielstwa bliskości można przedobrzyć?

Rodzicielstwo bliskości zdecydowanie nie składa się z zasad, podkreślę to raz jeszcze. Wręcz przeciwnie – zachęca do tego, żeby robić to, co służy nam i relacji między nami.

W jakie pułapki wpadamy najczęściej?

To źle postawione pytanie. Kryje się w nim założenie, że wychowanie oparte na szacunku, rodzicielstwie bliskości czy uwzględnianiu potrzeb dziecka (jakkolwiek nazwane) to pułapka i wynikają z niej same problemy.

Od lat pracuję w tym środowisku i myślę, że to uogólnienie bardzo szkodliwe wobec ludzi, którzy wcale nie czują jakby byli w pułapce. Wykonali kawał dobrej roboty we własnym rozwoju emocjonalnym i dzięki temu mają poczucie większych kompetencji rodzicielskich. Wielu z nich dzięki motywacji bycia lepszym rodzicem zaczęło dbać o swoje zdrowie psychiczne, opiekować zranienia czy traumy w psychoterapii i nie przenosić ich na dzieci.

Rozwój nie jest zagrożeniem, podobnie jak ciekawość różnych nurtów. Jeśli rozmawiamy o kryzysie rodzicielstwa, w którym latami nie komunikujemy własnych potrzeb i granic, rozmawiajmy właśnie o tym, bo to doświadczenie, które może się przytrafić każdemu niezależnie od wartości wychowawczych. Niezależnie od tego, z czym się identyfikujemy, pamiętajmy, że w rodzicielstwie pracujemy własnym dobrostanem, więc mamy prawo do nadania swoim potrzebom wysokiego priorytetu.

Dziękuję za rozmowę.

*Karla Orban – psycholog, psychoterapeutka, certyfikowana specjalistka perinatalnego zdrowia psychicznego PMH-C.

Jak oceniasz ten tekst?
Dobry
0
No, nie wiem
0
Świetny
0
Uwielbiam
0
Zwariowany
0
View Comments (0)

Leave a Reply

Your email address will not be published.

(c) 2012-2022 Ekomedia   |   wykonanie: BioBRND.pl