Noś, bo się odzwyczai!   - Mamywsieci.pl
Teraz czytasz...
Noś, bo się odzwyczai!  

Planer na Dobry Rok

Noś, bo się odzwyczai!  

noszenie dziecka

Noszenie dzieci jest naturalne. To zjawisko fenomenalne, ale nie do końca odkryte. Stanowiło potrzebę dziecka kilka tysięcy lat temu. I w tym zakresie nic się nie zmieniło. Niemowlęta nadal najlepiej czują się na rękach rodziców. O tym, dlaczego dziecka nie da się przyzwyczaić do noszenia i co daje mu tulenie się do mamy rozmawiam z Martą Szperlich-Kosmalą, która noszeniu dzieci przywraca należne mu miejsce.

Nosisz dziecko – źle. Nie nosisz, też niedobrze.

Marta Szperlich-Kosmala*: Dlaczego źle? Dziecko TRZEBA nosić, tulić. Koniec, kropka.

A jak się przyzwyczai? Chyba każda młoda mama o tym słyszała.

Potrzeba noszenia jest wpisana w nasze DNA. Zapewnia dziecku bliskość, a ta z kolei daje mu spokój i bezpieczeństwo. Jest to też najbardziej intuicyjny sposób pielęgnacji: gdy dziecko płacze, instynktownie bierzemy je na ręce i przytulamy. Noszenie stymuluje również układ nerwowy dziecka do rozwoju.

To jest bardzo stara, stricte biologiczna potrzeba, wykraczająca ramami poza historię gatunku ludzkiego. Niemowlę przychodzi na świat z określonym zestawem zachowań, które mają na celu utrzymanie w jego pobliżu opiekunów, zapewniających mu przetrwanie. Nie lubi przebywać samo, uwielbia czuć zapach i dotyk bliskiej osoby, często się budzi i równie często ssie pierś. To wszystko są mechanizmy, gwarantujące mu przeżycie w trudnych prehistorycznych warunkach. Współczesne niemowlęta nadal realizują ten program, nie wiedzą przecież, że rodzą się w wygodnym, bezpiecznym otoczeniu.

Marta Szperlich-Kosmala

Wytłumacz więc proszę, skąd wzięło się przekonanie, że dziecka nie wolno nosić, bo się przyzwyczai.

To pokłosie naszej cywilizacji. Należy pamiętać, że okres rewolucji przemysłowej, a także poprzedzający ją czas ciężkiej pracy na roli, wymagał od naszych przodków wyrobienia określonych nawyków, które umożliwiłyby im przetrwanie. Były to zachowania, które zależały od bardzo konkretnych uwarunkowań, co chcę szczególnie podkreślić, nie oceniam bowiem tamtych wyborów.

W przypadku chłopek było to, zwłaszcza latem, zabieranie dzieci w pole i zawieszanie ich w wiklinowych lub tkanych kołyskach na niskiej gałęzi drzewa. Niestety, do fabryki nie sposób było zabrać dziecka. Kobieta, bo to głównie o nich, jako o matkach i żywicielkach dziecka, mówię, pracowała od świtu do nocy. Wraz z mężem walczyła o przetrwanie dla swojej rodziny. Często była pozbawiona wsparcia najbliższych osób, które do tej pory na wsi było czymś naturalnym (babcie, ciotki, bezdzietne kuzynki). A dzieci rodziły się nadal…

Rynek wyszedł naprzeciw oczekiwaniom, stworzył sztuczne mleko i wózki. W XX wieku półki uginały się od ciężaru poradników dla rodziców. Tak jakbyśmy sami nie wiedzieli, jak realizować nasz odwieczny, intuicyjny program!

W gąszczu porad i informacji, niekiedy trudno usłyszeć głos intuicji. Sama tuliłam i nosiłam moich synów jak najczęściej, ale zaraz słyszałam od bliskich, żebym ich odkładała, bo z dziećmi na rękach nic nie zrobię.

I jestem przekonana, że oni to mówili w dobrej wierze. Od dziecka przesiąkamy przekonaniami, które są przekazywane rodzicom od pokoleń. W przeciągu 200 lat zmienił się nasz model rodziny. Już nie mieszkamy w wielopokoleniowych domach, gdzie mogliśmy liczyć na wsparcie krewnych. Staliśmy się samodzielni. Ale tak naprawdę rodzicielstwo to nie jest zadanie dla dwojga osób. Nigdy takie nie było. Uwarunkowania sprzed dwóch stuleci jedynie to na nas wymusiły. W gruncie rzeczy te wszystkie przekonania (“nie noś, bo przyzwyczaisz”, “niech się wypłacze”, “nie daj sobie wejść na głowę”) można sprowadzić do jednej myśli: pragnę, aby moi bliscy przetrwali.

Jestem też terapeutką, spotykam się z wieloma rodzicami. W internetowej przestrzeni Boskiej Nioski wspieram rodziców, odpowiadając na nasze współczesne bolączki. I widzę jak ten lęk, połączony z utratą poczucia bezpieczeństwa, jest w nas ciągle silny. Nic dziwnego, że w jego obliczu sięgamy po wszelkie dostępne środki, często zanim zaczerpniemy z tego, co mamy najbliżej: ze źródła wielopokoleniowej mądrości, którą nosimy w sobie w postaci instynktów rodzicielskich.

Ale coś się chyba w tym temacie zmienia, nie sądzisz? Rodzice chętniej ufają sobie, a mniej wszystkim dookoła.

Masz rację. Coraz powszechniej rodzice zwracają się w stronę intuicyjnego rodzicielstwa, opartego o naturalne metody pielęgnacji, grupowe wsparcie, ale i dokonania naukowe. Widzę to bardzo wyraźnie w Boskiej Niosce, chociaż wiem, że to swego rodzaju bańka.

Chciałabym jednak, aby ten nowy-stary paradygmat rodzicielstwa, w którym dzieci się nosi, odpowiada na ich potrzeby, ale pamięta się też o sobie, jest się świadomym rodzicem, który pragnie się rozwijać, bo to część życia – aby to poszło w świat. Między innymi dlatego poszłam na kolejne studia, Zarządzanie zmianą społeczną na Uniwersytecie Jagiellońskim. W ramach tych studiów realizuję mój skromny projekt zmiany świata (śmiech).

Zachęcasz rodziców do noszenia dzieci. Napisałaś na ten temat świetną książkę, z której dowiedziałam się, że człowiek to noszeniak. Co to znaczy?

Niemowlęta różnych gatunków zwierząt dzielą się na kilka grup, w zależności od sposobu opieki, jaki sprawują nad nimi rodzice. Koty i króliki to gniazdowniki. Rodzą się niesamodzielne, ślepe i niezdolne do przemieszczania się. Ich początkowy rozwój przebiega w gnieździe. Z kolei zagniazdowniki (źrebaki, cielaki) krótko po narodzinach stają na własne nogi i są w stanie podążać za matką. Są i pasywne noszeniaki (kangury), które pierwszy okres życia spędzają w torbie na brzuchu matki. I wreszcie noszeniaki aktywne, do których zaliczamy wszystkie naczelne, w tym człowieka.

noszenie dziecka

Rodzimy się niedojrzali, bezbronni…

… a naszą pierwotną przestrzeń życia stanowi ciało matki. To w bliskości z rodzicem czujemy się bezpiecznie, śpimy i jemy (często!). Jesteśmy też fizjologiczne i anatomicznie przystosowani do noszenia (ugięte i odwiedzione nóżki, chwytne palce, odruchy).

To przystosowanie widać zresztą też w anatomii matki, u której wyróżnia się wystający talerz kości biodrowej (biodro jest najbardziej naturalnym sposobem noszenia niemowlęcia). Dodatkowo ze względu na rozmiar mózgu i rozwój układu nerwowego można powiedzieć, że ten początkowy okres życia dziecka stanowi “IV trymestr” i powinien w miarę możliwości naśladować środowisko brzucha mamy.

Noszenie dziecka daje mu poczucie bezpieczeństwa. Co jeszcze?

Zapewnia dzieciom naturalną i dostosowaną do potrzeb wczesnorozwojową stymulację: mogą obserwować i poznawać świat z wysokości dorosłego, co daje niezłe rozeznanie w proporcjach i wspiera odnajdywanie połączeń przyczyna-skutek. Rozwijają zmysł dotyku, ruchu i równowagi, a także orientacji we własnym ciele i w przestrzeni.

Stymulują koordynację i motorykę, no i wreszcie stają przed wyzwaniami na miarę swoich możliwości. Warto bowiem pamiętać, że noszenie w chuście albo nosidle jest dynamiczne, co oznacza, że dziecko nie tkwi tam nieruchomo, mimo że z pozoru może tak to wyglądać. Jego ciało wykonuje miliardy mikroporuszeń, które nie tylko wpływają na ukrwienie, ale i bez przerwy je stymulują.

Dodatkowo noszenie, poprzez bliskość i poczucie bezpieczeństwa, przygotowuje dziecko do samodzielności. W zasadzie chyba nie ma obszaru naszego rozwoju, na które noszenie mniej lub bardziej bezpośrednio by nie wpływało!

Wspomniałaś o chuście. Stały się one ostatnio bardzo popularne. To nowy wynalazek?

Absolutnie nie. Chusty są tak stare, jak nasza cywilizacja. I nie jest to przesada. Antropolożka Sarah Hrdy, którą bardzo cenię za jej wkład w badania nad historią macierzyństwa, wskazuje, że pierwsze nosidła powstały mniej więcej wtedy, kiedy człowiek wyruszył na podbój świata. Dopiero wtedy ludzie mogli swobodnie przemieszczać się całymi grupami, nie czekając aż najmłodsi członkowie plemienia dorosną do 4-5 lat, kiedy będą mogli nadążyć za dorosłymi. Tak więc powtórzę za badaczką, że to noszeniu dzieci Homo sapiens zawdzięcza swoją ekspansję.

W XX w. przeżyliśmy renesans chust, zapoczątkowany niezależnie od siebie w różnych rejonach świata. Na przykład w USA podwaliny pod noszeniową modę położyli znani medycy, William i Martha Sears, popularyzatorzy rodzicielstwa bliskości. Z kolei chusta kółkowa została wymyślona na Hawajach.

Natomiast w Europie współczesne wiązania chust wywodzą się z tradycyjnych, meksykańskich sposobów noszenia i zostały opracowane przez założycielkę niemieckiej marki Didymos, Erikę Hoffman w latach 70. Dopasowała ona południowoamerykańskie rozwiązania do europejskiego klimatu.

Matką wszystkich tych wynalazków była stara, dobra potrzeba. Searsom urodziło się czwarte dziecko o wyjątkowo wymagającym temperamencie. Kiedyś nazywaliśmy takie dzieci “nieodkładalnymi”, teraz, także dzięki badaniom tej dwójki, używamy określenia High Need Baby.

Zobacz także

Garnerom na Hawajach urodziło się pierwsze dziecko, a oni oboje pozostawali pod wpływem przełomowej książki Jean Liedloff “W głębi kontinuum”. Pragnęli wychować córkę w bliskości i zgodzie z pradawnym doświadczeniem. Rayner w 1981 roku zrobił pierwszą chustę kółkową z kawałka bawełny i kółek do karnisza. Teraz jest to jeden z najpopularniejszych i najłatwiejszych sposobów noszenia. Dodajmy, w pełni fizjologiczny, bo dziecko najczęściej siedzi na biodrze rodzica w idealnej pozycji zgięciowo-odwiedzeniowej.

Erice Hoffman urodziło się trzecie dziecko, a miała wówczas do ogarnięcia maleńkie bliźniaczki. Zresztą, nazwa jej firmy, najsłynniejszej w Europie, Didymos, po grecku oznacza właśnie bliźnięta.

Warto podkreślić, że zarówno w USA, jak również w samej Europie, w tym w Niemczech, czy w Polsce, noszenie dzieci ma wielowiekową, ludową tradycję. Wiele z tych sposobów poznałam podczas kursu Trageschule, inne dzięki żyłce etno-poszukiwaczki.

W dalszym ciągu powstają nowe wiązania, nowe style noszenia. O ile jest ci wygodnie, a pozycja dziecka jest bezpieczna – wszystkie chwyty dozwolone!

Kiedy w 2013 r. urodziłam syna i nosiłam go w chuście, budziłam na ulicy niemałą sensację. Dziś ludzie chyba nie zwróciliby na nas uwagi.

Kiedy zaczynałam pracę doradcy, a było to dość niedawno, w 2016 roku, chusta czy nosidło były wymysłem i fanaberią. Sama mieszkam w małym miasteczku i nosząc swoje pierwsze dziecko w chuście non stop spotykałam się z różnymi uwagami: zainteresowaniem, ciekawością, a niekiedy nawet litością (że nie stać mnie na wózek).

Parę lat temu przeszliśmy też boom w świecie chustowym: szwalnie zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu, a ceny szybowały w górę. Teraz mam wrażenie, mamy do czynienia z normalizacją zjawiska. Psychologowie powiedzieliby, że nastąpiła habituacja (śmiech). Owszem, nadal można kupić chusty w cenie kilku tysięcy złotych, ale są też na rynku bardzo dobre produkty w rozsądnych cenach. Rynek zawsze pokazuje nam społeczne trendy.

To, że noszenie dziecka w Polsce jest modą i pewnego rodzaju snobizmem, jest zjawiskiem naturalnym. Przeszli przez to Niemcy w latach 70. i 80. XX wieku. Teraz noszenie dzieci jest tam równie naturalne jak przewijanie. Proszę pamiętać, że przykład zawsze idzie “z góry”. Czyli najpierw przechodzimy okres snobowania, a potem moda ogarnia większość społeczeństwa. Tak samo przecież było z wózkami, których początkowo używała jedynie arystokracja. W Polsce jesteśmy teraz gdzieś pomiędzy etapem elitarności a popularyzowaniem noszenia.

Czy noszenie dziecka w chuście jest dla każdego?

Nie, nie jest dobre dla wszystkich. I nie mówię tutaj o przeciwwskazaniach medycznych, bo te są naprawdę nieliczne (np. głębokie skoliozy). Uważam, że noszenie z obowiązku będzie dla budowy więzi pomiędzy rodzicem a dzieckiem utrudnieniem, a nie wsparciem. Pamiętajmy, że maleńkie dzieci są nastawione na odbiór. Ich mózgi rejestrują wszelkie napięcie, fałsz, brak autentyczności. Zatem jeśli spróbujesz parę razy, sprawdzisz różne wiązania, chusty, nosidła i nadal nie będzie ci to leżeć, daruj sobie.

Noszenie w chuście jest najwygodniejszym, ale nie jedynym wsparciem rozwoju dziecka! Nie jest ani warunkiem koniecznym, ani gwarancją udanej więzi. Jest po prostu narzędziem – owszem, bardzo wygodnym, pozwalającym nam na normalne funkcjonowanie przy jednoczesnym budowaniu bliskiej relacji z dzieckiem, ale TYLKO narzędziem.

Bardzo dobitnie chcę to podkreślić, bo ja naprawdę chcę upowszechnić noszenie, ale niech to będzie babywearing z ludzką twarzą!

Dziękuję za rozmowę.

*Marta Szperlich-Kosmala –certyfikowana doradczyni noszenia, autorka książki „Noszenie dzieci” wWydawnictwie Natuli. Propaguje “babywearing z ludzką twarzą”. Prowadzi “Boską Nioskę”, której celem jest wzmacnianie kompetencji rodzicielskich i samorozwój. Filozofka, hortiterapeutka, edukatorka i aktywistka fajnego rodzicielstwa.

Jak oceniasz ten tekst?
Dobry
0
No, nie wiem
0
Świetny
0
Uwielbiam
0
Zwariowany
0
View Comments (0)

Leave a Reply

Your email address will not be published.

(c) 2012-2021 Ekomedia   |   wykonanie: BioBRND.pl