Edukacja Alternatywna - Unschooling {Wywiad} - Mamywsieci.pl

Edukacja Alternatywna – Unschooling {Wywiad}

Od wieków to rodzice odpowiadają za wykształcenie własnych dzieci, toteż kierując się ich dobrem, szukają najlepszych rozwiązań, również tych dotyczących wyboru placówki szkolnej. W Bydgoszczy oprócz szkół publicznych mamy do wyboru szkołę obywatelską, szkołę Montessori i kilka prywatnych szkół z tzw. tradycyjnym nauczaniem.  Jednakże i te, nie do końca mogą zadowalać swoją ofertą dzieci i ich rodziców.

Ania i Hubert – rodzice dwóch dziewczynek w wieku  9,5 i 8 lat zdecydowali razem z nimi, że do szkoły uczęszczać nie będą.

Aniu, jaki zatem rodzaj edukacji wybraliście? 

Najlepiej chyba pasują do nas określenia edukacja wolnościowa lub z angielskiego – unschooling. W Polsce istnieje obowiązek szkolny, więc dzieci muszą być formalnie zapisane do szkoły. Na co dzień realizują jednak ten obowiązek poza szkołą, co będzie weryfikowane w corocznych egzaminach w ramach podstawy programowej. W ten sposób będą przechodziły z klasy do klasy. My, jako rodzice, bierzemy na siebie odpowiedzialność za ich edukację. Ale tak naprawdę tę odpowiedzialność przenosimy na nasze dzieci, bo to jedno z założeń edukacji wolnościowej – by dzieci miały prawo decydowania o tym, czego się uczą, kiedy i jak. A zadaniem nas – dorosłych jest je w tym wspierać. 

Przybliżmy naszym czytelniczkom, czym jest edukacja domowa w tradycyjnym rozumieniu, a czym unschooling.

 

W Polsce dużo powszechniej funkcjonuje określenie edukacja domowa, ale ma ona bardzo różne formy i często wiąże się z tym, że dzieci to, co realizowałyby w szkole, robią w warunkach domowych. Nadal jednak jest to coś narzuconego i realizowanego wedle jakiegoś ściśle określonego programu. Dlatego ja staram się nie używać tego określenia. Co ciekawe – mniej kontrowersji wzbudza sam fakt, że moje dzieci nie chodzą do szkoły. Dużo trudniej jest zrozumieć, że nie mają również żadnego nauczyciela, żadnego zaplanowanego czasu na naukę i żadnego narzuconego programu. To budzi chyba największy niepokój u ludzi, z którymi rozmawiam. Oczywiście znamy podstawę programową i program, który obowiązuje w naszej szkole i póki będzie istniał obowiązek szkolny to będziemy musieli udowadniać na egzaminach, że ta podstawa jest realizowana. Unschooling jest jednak formą, w której dziecko jest pełnoprawnym decydentem w kwestiach dotyczących jego własnej edukacji i wszelkich aktywności, jakie w tym kierunku podejmuje. Nie ma u nas nauczania, nie ma więc też nauczyciela. Jest natomiast permanentne uczenie się wszystkiego, co w danej sytuacji uznamy za przydatne i ciekawe. W dzisiejszym świecie wiedza jest naprawdę na wyciągnięcie ręki. U nas nie ma głupich pytań i nie ma złych rozwiązań. Dzieci mają naturalną ciekawość świata, a naszym zadaniem jest ją podtrzymywać. Nauka nie jest celem, ale drogą. Stawiamy więc pytania, rozważamy różne możliwości, szukamy rozwiązań. I moje dzieci mnie w tym niezmiennie zadziwiają. To spojrzenie nie zmienia samego podejścia do edukacji, zmienia tak naprawdę całe nasze życie i nas – dorosłych, wydawałoby się, już ukształtowanych .

 

Jedna z Twoich córek chodziła już do szkoły publicznej.  Co takiego się wydarzyło, że

z niej zrezygnowaliście?

Zadziałało wiele czynników jednocześnie. Na samym początku miałam wizję, że będę jej pilnować, żeby pamiętała o lekcjach, że nauczy się systematyczności, ustalimy zasady, że najpierw nauka, a potem przyjemności. Szybko poczułam, że ta sytuacja coraz częściej stawia mnie w opozycji do własnego dziecka. I któregoś dnia trafiłam na film o Summerhill – pierwszej demokratycznej szkole na świecie. Zaczęłam drążyć temat, a to była wiosna 2013 roku, kiedy w Polsce zaczęło się w tej kwestii naprawdę dużo dziać. I poszło jak lawina. Cały miniony rok czytałam, szkoliłam się, spotykałam się z ludźmi, którzy takie alternatywne placówki prowadzą. To była naturalna konsekwencja. Jak mogłabym posyłać dzieci do tradycyjnej szkoły, jeżeli tak głęboko nie zgadzam się z wieloma jej podstawowymi założeniami?

A jak odpowiedziałabyś  rodzicom, którzy krytycznie podchodzą do tej formy edukacji, zakładając, że zbyt duża swoboda może wpłynąć na dzieci w taki sposób, że te nie przyswoją wiedzy, którą nie są zainteresowane, w wyniku czego ich dalsze postępy w nauce mogą być ograniczone wyłącznie do kilku dziedzin zainteresowania. A z kolei w dorosłym życiu przyjdzie im robić wiele rzeczy, na które nie będą miały ochoty.

Ciągle słyszę ten zarzut (śmiech). Nie pozostaje mi nic innego jak odwołać się do tej naturalnej ciekawości świata dzieci. Małe dzieci pokonują kolejne etapy rozwojowe bez szczególnej pomocy rodzica. Interesują się tym, co poza zasięgiem ich rąk, więc zaczynają się przemieszczać, z czasem osiągając coraz to doskonalsze formy. Dlaczego zakładamy, że jeśli nie będą przymuszane to zatrzymają się w rozwoju i nie będą próbowały sięgać dalej? Z moich doświadczeń wynika, że jest zupełnie odwrotnie. Bez przymusu, bez oceniania, ale i bez granic co do zakresu nauki sięgają dużo głębiej niż przewidują to horyzonty programów szkolnych. I jestem przekonana, że dzieci funkcjonujące w inspirującym i wspierającym środowisku to świat i jego tajemnice są na wyciągnięcie ręki. Tu warto wspomnieć o takiej nauce, która nazywa się neurodydaktyka i zajmuje się badaniem czego potrzebuje mózg, aby się efektywnie uczyć. Potrzebuje przede wszystkim zainteresowania i sensu czyli subiektywnego poczucia użyteczności danej wiedzy (do czego mi to potrzebne?). Bez tego nasze neurony nie będą z nami współpracować. I tak naprawdę tradycyjny model szkoły zupełnie nie odpowiada na potrzeby naszego mózgu. Ktoś odgórnie zdecydował czym powinny interesować się dzieci w danym wieku, co samo w sobie jest absurdalne. Nie bierze się pod uwagę faktu, że dzieci w jednej klasie różnią się znacznie poziomem kompetencji. Program trafia może w możliwości i zainteresowania kilkorga dzieci z danej klasy. Jedne się nudzą, inne nie rozumieją, jeszcze inne w ogóle nie zainteresowały się tematem. We wszystkich przypadkach naturalna ciekawość poznawcza dziecka na tym cierpi. Nauczyciel ciągle częściej stawia na wykładowe przedstawienie tematu niż na wzbudzenie ciekawości i zaangażowanie dzieci w ich własną aktywność poznawczą. Nie ma zresztą na to zbyt wielkich szans, bo podział na 45-minutowe jednostki lekcyjne jest zupełnie niekompatybilny z działaniem naszego mózgu, który z matematyki musi przestawić się na historię, następnie w-f, a zaraz potem na biologię. Nawet jeśli mamy zaangażowanego nauczyciela to zanim klasa usiądzie, wypakuje swoje rzeczy, zanim nauczyciel sprawdzi obecność, odpyta i sprawdzi zadanie domowe to pozostaje naprawdę bardzo niewiele czasu na zaciekawienie tematem i spokojne omówienie go. Po kilku latach funkcjonowania w takich warunkach dzieci uczą się tego, że ich zainteresowania nie są ważne, że nie ma czasu na zadawanie pytań i prawdziwe zaangażowanie, bo trzeba „lecieć z programem”, że czasem nawet nie warto pytać, bo nauczyciel czy koledzy mogą nas wyśmiać, a nauczyciela często bardziej interesuje utrzymanie dyscypliny niż to czy dziecko w ogóle zainteresowane jest tematem. To właśnie wtedy dzieci tracą zainteresowanie nauką, a metoda 3Z (zakuj, zdaj, zapomnij) staje się najbardziej powszechnym sposobem na przetrwanie w szkole (celowo nie nazywam tego uczeniem się). Neurodydaktyka ma więc bardzo silne argumenty przemawiające przeciwko szkole w takim wydaniu, z jakim  na co dzień mamy do czynienia w szkołach tradycyjnych.

Kto uczy dziewczynki? Co z ruchem, sportem i nauką języków obcych?

Jak wspomniałam wcześniej nie ma u nas nauczyciela, który realizuje program. Korzystamy wzajemnie ze swoich zasobów wiedzy, a także z zasobów różnych osób, które są specjalistami w jakiejś dziedzinie. Oczywiście w ramach zainteresowań dzieci. Mamy świetną nauczycielkę angielskiego, z którą jesteśmy związani już od 5 lat. Dziewczyny uwielbiają konie, więc chodzimy wszystkie trzy na naukę jazdy. Dzieci same z siebie mają potrzebę bycia w ciągłym ruchu, więc bez ograniczeń w ciągu pięciu godzin siedzenia w ławce realizują ją sobie we własnym zakresie.

Zobacz także

Czy Twoje córki nie  mają potrzeby spotykania się ze swoimi rówieśnikami?

Ależ mają. I realizują ją sobie na podwórku lub przy różnych zajęciach. Kwestia uspołecznienia dzieci jest jedną z głównych trosk osób wokół nas. A ja nie zamknęłam dzieci w domu na klucz. Mają na co dzień kontakt z dziećmi w różnym wieku i z dorosłymi. Nie przeceniałabym także roli przebywania ciągle w grupie rówieśników. Po pierwsze dlatego, że w takim gronie dzieci nie mają możliwości doświadczania różnic wynikających z wieku. W środowisku mieszanym wiekowo (tak też funkcjonują szkoły demokratyczne) młodsze dzieci w sposób naturalny uczą się od starszych, starsze dzieci opiekują się młodszymi. A wszyscy uczą się tego, że każdy jest inny, ma inne możliwości i inny zasób doświadczeń. I to jest szansa na rozwój kompetencji, na które nie ma miejsca w szkole. W szkole jest za to grupa dzieci w podobnym wieku, ale ciągle różniąca się od siebie znacząco, wszystkie te dzieci wrzucane są do jednego worka i mierzone jedną miarą. To idealne środowisko dla rozwoju niezdrowej rywalizacji, w której zawsze jest wielu przegranych. Poza tym mam duże wątpliwości co do jakości tych kontaktów rówieśniczych. 45 minut siedzenia w ławce i 10 minut przerwy, w czasie której nie ma szansy na jakiś pogłębiony kontakt z drugim człowiekiem. Tradycyjna szkoła, w której funkcjonuje podział na klasy równowiekowe jest także podziałem bardzo sztucznym. Szkoła powinna przygotowywać nas do jak najlepszego radzenia sobie w dorosłym życiu, a gdzie w dorosłym życiu mamy do czynienia wyłącznie z grupą rówieśników? 

Czy wszyscy rodzice są w stanie podołać takiemu zadaniu, jakim jest edukacja własnych dzieci w domu?

 

Jeszcze raz podkreślę – to nie jest edukacja w domu, ale edukacja poza szkołą. Dla dzieci, zwłaszcza tych, które nie zetknęły się jeszcze z tradycyjnym systemem, jest to naturalne. Dla rodziców – dużo trudniejsze i to oni często potrzebują największego wsparcia w przejściu przez tę zmianę. To rodzice muszą mieć pełną świadomość takiej decyzji ze wszystkimi konsekwencjami, które mogą się z nią wiązać. Trzeba odpowiedzieć sobie na różne pytania: m.in. kim jest dziecko, jakie ma prawa, czym jest dla nas uczenie się, jakie kompetencje są dla nas najważniejsze jeśli chodzi o rozwój naszych dzieci. Jeśli ta zmiana pojawi się w głowie to potem pozostaje tylko praktyczne uczenie się codziennego wspierania naszych dzieci w ich własnej drodze. Oczywiście pozostają kwestie logistyczne. My akurat pracujemy tak, że możemy to wszystko łączyć. Nie każdy jednak może sobie na to pozwolić, ale tu rozwiązaniem są organizujące się wolne szkoły.

Z Anią Michalak rozmawiała Justyna Szulczewska

 

Jak oceniasz ten tekst?
Dobry
0
No, nie wiem
0
Świetny
0
Uwielbiam
0
Zwariowany
0
(c) 2012-2023 Ekomedia   |   wykonanie: BioBRND.pl