ChodźMY na dwór: jak natura koi stres i buduje więź z dzieckiem - Mamywsieci.pl
Teraz czytasz...
ChodźMY na dwór: jak natura koi stres i buduje więź z dzieckiem

Partner serwisu
Partner portalu

ChodźMY na dwór: jak natura koi stres i buduje więź z dzieckiem

Karolina Szymańska

Czy wystarczy wyjść na spacer, by odzyskać spokój, lepszy kontakt z dzieckiem i… samą sobą? Dla wielu brzmi to jak banał, ale w życiu Karoliny Szymańskiej zrozumienie tego stało się punktem zwrotnym. W książce „ChodźMY na dwór” opowiada, jak natura pomogła jej zatrzymać się w świecie nadmiaru oczekiwań i wrócić do tego, co naprawdę ważne.

Wypalenie rodzicielskie to nie słabość

„ChodźMY na dwór” to zaproszenie do odkrywania natury. W którym momencie poczułaś, że musisz się zatrzymać i podzielić swoim doświadczeniem z innymi?

Karolina Szymańska: Wychowałam się na wsi, w Janowcu nad Wisłą na Lubelszczyźnie – miejscu niezwykle malowniczym, pełnym dzikich łąk i lasów. Potem były góry i harcerstwo. Tam zawsze byłam u siebie. Ale później, jak to często bywa, przyszło dorosłe życie w Warszawie i wpadłam w ten klasyczny, miejski kołowrotek. Ambicja, projekty dowożone na dwieście procent, wieczna lista to-do.

Kiedy zostałam mamą, ten kołowrotek tylko przyspieszył. Zderzyłam się ze ścianą oczekiwań. Miałam być idealną matką, skuteczną szefową i nienaganną przyjaciółką. Za maską profesjonalizmu, udając, że kontroluję każdą sferę życia, ukrywałam ogromne zmęczenie.

Czy pamiętasz ten moment, w którym intuicja podpowiedziała Ci: „dość, muszę wrócić do źródeł”?

To wydarzyło się w sposób zupełnie nieplanowany. W naszym domu zamieszkał pies, Makaron. To on, będąc jeszcze szczeniakiem, zmusił mnie do regularnego wychodzenia z tej dusznej codzienności. Te z pozoru zwykłe spacery stały się moją terapią. To właśnie wtedy, między jednym a drugim wyjściem na dwór, dotarło do mnie, że ta najzwyklejsza, codzienna natura uratowała moje macierzyństwo. Dała mi przestrzeń, bym w tym wszystkim mogła wreszcie odzyskać siebie.

 

Karolina Szymańska
Karolina Szymańska, archiwum prywatne

Dobrze, że zdecydowałaś się o tym napisać, bo ja jako matka odnalazłam w tej historii siebie. Zdjęłaś mi z barków poczucie winy.

Pisząc tę książkę, wiedziałam, że moja historia to zaledwie jeden z milionów podobnych scenariuszy. Macierzyńskie wyczerpanie to nie jest nasza słabość, a twardy fakt naukowy. Międzynarodowe badania, chociażby te z Uniwersytetu w Louvain przeprowadzone na ogromnej grupie siedemnastu tysięcy rodziców, są bezlitosne: w kulturach indywidualistycznych, takich jak nasza, wypalenie rodzicielskie staje się nową epidemią. W Polsce ten stan może dotyczyć nawet dziewięciu procent rodziców.

To przerażająca statystyka. Dlaczego nas to dotyka?

Bo próbujemy niemożliwego. Kultura produktywności, w której żyjemy, w połączeniu z mitem matki idealnej, dosłownie dewastuje nasz układ nerwowy. Chcemy dowozić projekty, mieć lśniące domy i być emocjonalnie dostępne 24 godziny na dobę. Dlatego też napisałam tę książkę. Antidotum na to przytłoczenie jest darmowe i czeka na nas tuż za progiem.

Wyjaśnij, proszę.

W czterech ścianach często wpadamy w tryb zadaniowy. W domu jestem reżyserką zarządzającą domową logistyką, a w naturze mogę wreszcie przestać nią być i stać się po prostu uważną towarzyszką. Kiedy tworzymy nasze outdoorowe mikrorytuały – wspólny spacer z psem czy piknik na trawie – znika presja. Nikt od nikogo niczego nie wymaga. Zauważyłam, że w takim zielonym środowisku dzieciom znacznie łatwiej się otworzyć. O trudnościach w szkole czy przedszkolu, o których nie chciały mówić przy kuchennym stole, opowiadają z łatwością, gdy obok nas szumi drzewo albo po prostu idziemy przed siebie.

To może Cię zainteresować: Oddaj dziecko naturze

Jak natura przywraca spokój w domu

Co na ten temat mówi nauka?

Z perspektywy neurobiologii, takie powtarzalne, niestresujące momenty na zewnątrz to budulec głębokich relacji. Antropolog Dimitris Xygalatas wskazuje, że nasze codzienne rytuały tworzą w mózgu rodzaj biologicznego „bufora bezpieczeństwa”. Dajemy w ten sposób układowi nerwowemu jasny sygnał: świat jest przewidywalny, kortyzol może opaść, jesteśmy bezpieczni. Z kolei dr Daniel Siegel, psychiatra, podkreśla, że połączenie bliskości, zabawy i ruchu na świeżym powietrzu świetnie kształtuje u dziecka tzw. „zintegrowany mózg”. To stan, w którym emocje wreszcie współpracują z logiką, a nasza relacja z dzieckiem staje się o wiele bardziej stabilna.

Widać to gołym okiem. Mam wrażenie, że kiedy wracam z dziećmi z podwórka czy rowerowej wycieczki, nasza domowa dynamika wygląda inaczej.

Ja też to obserwuję. Kiedy nasze dzieci mogą swobodnie biegać, wspinać się i same decydować o swojej zabawie, wieczorem zasypiają w kilka minut. I nie chodzi tu tylko o fizyczne zmęczenie. Ich przebodźcowany układ nerwowy dostaje na dworze wszystko, czego potrzebuje: przestrzeń i absolutną wolność. Dla mnie to też najtańszy wentyl bezpieczeństwa. Kiedy czuję, że domowy chaos zaczyna mnie przerastać, a mój lont cierpliwości staje się niebezpiecznie krótki – wychodzę. Choćby na szybki spacer. To natychmiast przywraca mi perspektywę i spokój, którego wszyscy w rodzinie potrzebujemy.

Karolina Szymańska
Karolina Szymańska, archiwum prywatne

Jak to możliwe, że zwykły spacer tak skutecznie koi napięcie?

Nauka wyjaśnia to bardzo precyzyjnie. Biomechaniczka Katy Bowman w „Grow Wild” podkreśla, że dzieci nie potrzebują ustrukturyzowanych ćwiczeń. Są ewolucyjnie zaprogramowane do badania świata całym ciałem. Jeśli im to odbierzemy, stają się sfrustrowane. Z nami, dorosłymi, jest podobnie. Wejście w naturę działa jak mechanizm znany z Terapii Skoncentrowanej na Współczuciu (CFT). Przyroda, działając jak przełącznik, błyskawicznie wyciąga nas z czerwonego trybu walki i stresu, aktywując zielony system ukojenia. To nie jest tylko metafora, to czysta biologia, która daje nam natychmiastową ulgę.

Syndrom deficytu natury. Jak to wpływa na rozwój dzieci?

Co tracimy, kiedy o tym zapominamy?

Tracimy bardzo dużo, a skutki tego deficytu są – nie boję się tego słowa – katastrofalne. Richard Louv nazwał to zjawisko „syndromem deficytu natury” i to nie jest tylko zgrabny termin marketingowy. Dzieci odcięte od przyrody częściej zmagają się z problemami z koncentracją, mają trudności z empatią czy regulacją własnych emocji. Po prostu brakuje im naturalnego poligonu doświadczalnego.

A co z dorosłymi?

My płacimy cenę w postaci ciągłego niepokoju i zmęczenia. Badania Gregorego Bratmana ze Stanforda pokazały, że wystarczy 90 minut spaceru w lesie, by realnie wyciszyć aktywność kory przedczołowej. To ta część mózgu, która odpowiada za ruminacje, czyli te nasze wyniszczające, zapętlone myśli i zamartwianie się o wszystko. Natura dosłownie wyłącza w nas ten męczący monolog.

To paradoks naszych czasów. Mamy pod ręką darmowe lekarstwo na stres, a mimo to mało kto o nim pamięta.

Profesor Miles Richardson z University of Derby mówi wręcz o „wymieraniu doświadczenia”. W ciągu ostatnich dwustu lat nasza więź z naturą osłabła o sześćdziesiąt procent. To gigantyczna wyrwa. Neurobiolog Robert Sapolsky w swojej książce „Dlaczego zebry nie mają wrzodów” wyjaśnia, jak współczesny styl życia bezlitośnie eksploatuje układ nerwowy rodziców

Żyjemy w trybie ciągłego czuwania.

Dokładnie tak. Przez ten miejski pęd nasz organizm tkwi w stanie nieustannego, ewolucyjnego zagrożenia. Nigdy nie dostajemy sygnału „stop”. Efekt? Wieczny stres, problemy z pamięcią, płytki sen. Wyjście do lasu to dla naszego mózgu jasny komunikat: „jest bezpiecznie, możesz odpuścić”. Dopiero wtedy proces regeneracji, ten prawdziwy, a nie tylko pozorny, może się w nas w ogóle rozpocząć.

Mikrodawki natury – małe zmiany, duże efekty

Co tak naprawdę dzieje się z nami, pod względem fizycznym i psychicznym, gdy wychodzimy na dwór?

Tych korzyści jest tak dużo, że musiałam napisać o nich książkę (śmiech). Ale gdybym miała wybrać to, co najważniejsze: przyroda wyłącza w nas alarm. Obniża aktywność ciała migdałowatego, wyciągając nas z permanentnego napięcia, hałasu i stresu wielkich miast.

Na poziomie fizjologii „kąpiele leśne” (shinrin-yoku), czyli wdychanie drzewnych fitoncydów, obniżają markery stanu zapalnego i wspierają naszą odporność dzięki wzrostowi aktywności komórek NK, czyli natural killers. Natura realnie obniża stany zapalne w naszym ciele. Do tego dochodzi światło dzienne – najprostszy sposób, by wyregulować rytm dobowy i wreszcie poprawić jakość snu naszych dzieci.

Neurofizjolożka, dr Carla Hannaford, mówi wprost: swobodny ruch to architekt mózgu. Kiedy dziecko balansuje na kłodzie albo wspina się na drzewo, nie tylko się bawi. Ono fizjologicznie integruje obie półkule mózgowe, budując fundament pod logiczne myślenie i przyszłą naukę. Jak pięknie ujęła to dr Ola Besz w jednym z moich podcastów: ruch outdoorowy to spotkanie ze sobą poprzez własne ciało, z którego korzystamy absolutnie wszyscy, niezależnie od wieku.

Brzmi cudownie, ale bądźmy realistkami. Rodzice w wielkich miastach, by dotrzeć do prawdziwego lasu, często muszą przebijać się przez korki.

Zobacz także
dziewczynka siedzi z zamkniętymi oczami i ćwiczy uważny oddech

Odczarujmy to przekonanie. Aby doświadczać natury, wcale nie trzeba rzucać wszystkiego i wyjeżdżać w Bieszczady. Miejskie „mikrodawki” robią równie potężną robotę. Uwielbiam ideę mikrowypraw, którą promują Alastair Humphreys czy Łukasz Długowski. Chodzi o lokalne odkrycia tuż pod domem. Poszukajcie swoich „zielonych mikrobuforów”. To może być osiedlowy dziedziniec, aleja starych drzew po drodze ze szkoły czy spacer do warzywniaka zamiast wsiadania w auto. W naszej rodzinie przełomem była przesiadka na rowery cargo. Codzienny dojazd przez miasto pozwala nam dosłownie i w przenośni spalić kortyzol jeszcze przed powrotem do domu.

I to wystarczy?

Tak i mamy na to dowody. Brytyjskie badanie z użyciem aplikacji Urban Mind pokazało, że kontakt z najprostszymi elementami przyrody – jak śpiew ptaków czy widok pojedynczych drzew – błyskawicznie podnosi nasz dobrostan na resztę dnia. A wpływ na ciało jest jeszcze bardziej spektakularny. Projekt Green Heart Louisville udowodnił, że w dzielnicach, gdzie pojawiło się więcej nasadzeń, u mieszkańców realnie spadły wskaźniki stanów zapalnych w organizmie. To dowód na to, że natura leczy nas nawet wtedy, gdy po prostu obok niej mieszkamy.