„Babcia Prymulka narodziła się z dziecięcej wyobraźni”. Rozmowa z Moniką Golasovską

Redaktor naczelna biokurier.pl i mamywsieci.pl. Laureatka I nagrody w konkursie…
Z tego artykułu dowiesz się:
„Zielniczek” to książka o ziołach dla dzieci i dorosłych, która zamiast przypominać atlas roślin, zabiera czytelników do świata natury. Monika Golasovská stworzyła historię o ziołach, rodzinnych wspomnieniach i babci Prymulce – przewodniczce pomagającej najmłodszym odkrywać przyrodę na własnym podwórku, w ogrodzie i na łące. Zapytaliśmy autorkę, skąd narodziła się ta niezwykła postać, dlaczego dzieci patrzą na rośliny inaczej niż dorośli i czego możemy nauczyć się od natury.
Babcia Prymulka narodziła się z dziecięcej wyobraźni
Dlaczego zamiast atlasu ziół powstała historia babci Prymulki, Katki i Adelki?
Dzieci kochają historie. Kiedy stają się częścią opowieści, nawet nie zauważają, że przy okazji poznają rośliny, uczą się, jak je rozpoznawać i do czego można je wykorzystać. Łatwiej zapamiętać wspólne zbieranie ziół, przygotowywanie z nich prostych rzeczy czy odkrywanie związanych z nimi zwyczajów niż samą listę nazw i informacji botanicznych. Z czasem rośliny przestają być tylko okazami z książki. Stają się czymś bliskim, z czym wiążą się wspomnienia i emocje.
Pomyślałam też, że dzieciom łatwiej będzie wejść w ten świat, jeśli bohaterami będą ich rówieśnicy. Katka i Adelka przeżywają przygody, które mogłyby wydarzyć się naprawdę. A babcia Prymulka… chyba każdy zna taką postać albo choć raz o niej marzył. To ktoś mądry, spokojny, blisko natury, kto potrafi przekazać wiedzę, ale nie w sposób akademicki, ale z ciepłem i miłością.
Chciałam pokazać dzieciom, że przyroda nie jest czymś odległym. Można ją poznawać na własnym podwórku, w ogrodzie, na łące. Mam nadzieję, że dzięki takim doświadczeniom dzieci będą chciały ją później chronić i przekazywać tę ciekawość dalej.
👉 O tym, dlaczego kontakt z naturą wspiera rozwój dziecka, pisaliśmy szerzej w osobnym artykule.
Babcia Prymulka ma swój pierwowzór? Inspirowała Cię jakaś osoba z dzieciństwa?
To może być trochę zaskakujące, ale babcia Prymulka nie powstała ze wspomnienia mojej babci. Jej początek dała wyobraźnia mojej córki.
Katka i Adelka z książki to właśnie moje córki. Dziś są już dorosłe, ale kiedy Kasia była mała, często opowiadała o swojej wymarzonej babci. Miała oczywiście dwie prawdziwe. Obie prowadziły ogrody, uprawiały warzywa, owoce i zioła. W jej dziecięcej wyobraźni pojawiła się jednak jeszcze jedna niezwykła postać. Taka, która zna każdą roślinę, rozumie mowę kwiatów i zawsze wie, jak pomóc.
Nigdy nie chcieliśmy odbierać jej tej historii. Pozwoliliśmy, żeby rozwijała się razem z dziecięcą wyobraźnią. Z czasem Kasia dorosła, ale to wspomnienie zostało z nią do dziś. Pamięta o niej, choć ma już trzydzieści jeden lat.
Kiedy po latach zaczęłam pisać książkę, przypomniałam sobie tę postać. Pomyślałam, że taka babcia – mądra, dobra, związana z naturą – mogłaby być piękną przewodniczką dla dzieci. I tak właśnie narodziła się babcia Prymulka.

Jak powstawała książka o ziołach dla dzieci?
Osoba, przed którą świat roślin nie ma tajemnic, musi mieć sporą wiedzę. Skąd ją czerpałaś – z rodzinnych opowieści czy z fachowych źródeł?
Z obu tych światów. Z jednej strony sięgałam do tradycji i wiedzy przekazywanej z pokolenia na pokolenie, bo właśnie z niej wyrasta wiele naszych zwyczajów związanych z ziołami. Z drugiej – wszystkie informacje sprawdzałam w literaturze fachowej dotyczącej botaniki i fitoterapii.
Zależało mi, żeby ta książka była nie tylko piękną opowieścią, ale też rzetelnym źródłem wiedzy. Dzieci nie potrzebują jednak samych faktów podanych w formie wykładu. Znacznie łatwiej uczą się wtedy, kiedy mogą coś przeżyć. Zobaczyć roślinę, dotknąć jej, powiązać z konkretną historią.
Chciałam stworzyć książkę, która będzie zaproszeniem do wspólnego odkrywania przyrody. Taką, po którą dziecko sięgnie z ciekawości, a dorosły znajdzie w niej coś dla siebie.
Czy od początku myślałaś o dwóch grupach odbiorców – dzieciach i dorosłych?
To wydarzyło się dość naturalnie. Od początku czułam, że ta książka nie będzie tylko dla dzieci. Wiedziałam, że najmłodsi rzadko będą czytać ją sami. Marzyło mi się, żeby stała się pretekstem do spędzania wspólnego czasu i rozmów między pokoleniami. Żeby dziecko mogło zapytać babcię: „A jakie zioła pamiętasz ze swojego dzieciństwa?”, a babcia mogła odpowiedzieć: „Moja mama robiła kiedyś dokładnie tak samo”. Dzisiaj wiele takich historii gdzieś nam umyka.
Zioła mają swój rytm i swój czas
W książce są przepisy i sporo ziołowych receptur. Jest wśród nich taki, do którego szczególnie chętnie wracasz?
Chyba nie potrafiłabym wskazać jednego ulubionego przepisu. Każda pora roku przynosi inne rośliny i związane z nimi małe rytuały, na które czekam.
Wiosną zawsze zbieram korę dębu, z której przygotowuję nalewkę (od lat jest częścią naszej domowej apteczki). W tym samym czasie pojawia się młoda pokrzywa. Robię z niej herbatę, a z korzeni przygotowuję płukankę do włosów. Każdego roku wracam też w swoje ulubione miejsca, gdzie rośnie czosnek niedźwiedzi.
Później przychodzi czas na mniszka lekarskiego i jego korzenie, z których przygotowuję herbatę. Latem nie mogę pominąć dziurawca. Zbieram go w okolicach przesilenia letniego i robię z niego olej. W ogrodzie zawsze mam nagietek, z którego powstaje złocista maść. Jesienią ruszam z kolei po korzeń żywokostu i łopianu, a zimą nie wyobrażam sobie domu bez owoców dzikiej róży.
Chyba właśnie dlatego tak lubię zioła. Przypominają mi, że przyroda ma swój rytm. Nie wszystko można przyspieszyć. Trzeba poczekać na właściwy moment, na odpowiednią porę roku. Każda roślina pojawia się wtedy, kiedy ma swój czas.
Chciałaś, żeby „Zielniczek” był książką, którą można zabrać ze sobą na łąkę albo do lasu?
Tak, bardzo bym chciała, żeby dzieci zabierały ją ze sobą poza dom. Nie myślałam jednak o niej jako o klasycznym atlasie roślin. Bardziej zależało mi na tym, żeby była zaproszeniem do odkrywania świata.
Marzy mi się, żeby dziecko razem z rodzicem albo dziadkiem poszło na spacer, spróbowało rozpoznać pierwsze zioła, zrobiło własny zielnik, wysuszyło rośliny na herbatę albo przygotowało mały woreczek z ziołami. Może ktoś zaplecie wianek z polnych kwiatów albo zatrzyma się na chwilę i przyjrzy temu, co rośnie wokół.
Jeśli dzięki tej książce ktoś wyjdzie do ogrodu, lasu czy na łąkę i spojrzy na przyrodę trochę uważniej, będę bardzo szczęśliwa.
👉 Więcej o tym, jak natura koi stres i buduje więź z dzieckiem, przeczytasz w rozmowie z Karoliną Szymańską.

Dlaczego „Zielniczek” to wyjątkowa książka o przyrodzie dla dzieci?
Z doświadczenia wiem, że dzieci i dorośli patrzą na zioła trochę inaczej. Najmłodsi najpierw pytają o zapach i wygląd, a dorośli częściej o właściwości i bezpieczeństwo.
To prawda, dzieci podchodzą do przyrody zupełnie inaczej niż dorośli. Są ciekawe świata, nie szukają od razu gotowych odpowiedzi. Najpierw chcą dotknąć rośliny, powąchać ją, zobaczyć, co wokół niej żyje. Interesuje je historia – dlaczego dana roślina tak wygląda, skąd wzięła swoją nazwę, z czym może się kojarzyć.
Dorośli częściej zaczynają od pytań praktycznych: na co pomaga dane zioło, jak je stosować, czy jest bezpieczne. I są to oczywiście ważne pytania. Czasem jednak mam wrażenie, że w tym poszukiwaniu konkretnych informacji zapominamy o samej radości kontaktu z naturą.
A przecież można po prostu zatrzymać się przy kwiatku, poczuć jego zapach, usiąść na trawie i pobyć chwilę w tym miejscu. Myślę, że dzieci właśnie tego mogą nas nauczyć – zachwytu nad tym, co jest wokół nas.
Książka była nominowana do czeskiej nagrody Zlatá stuha i stała się bestsellerem w Czechach. Dlaczego, Twoim zdaniem, historia o ziołach i babcinej wiedzy tak mocno trafiła do współczesnych czytelników?
Myślę, że wiele osób tęskni dziś za spokojniejszym rytmem życia. Mamy wokół siebie dużo technologii, informacji i pośpiechu, dlatego coraz częściej szukamy czegoś prostszego – kontaktu z naturą, ręcznie wykonanych rzeczy, rodzinnych historii.
Zioła są częścią tej pamięci. Towarzyszyły naszym babciom i prababciom, były obecne w codziennym życiu. Nie chodzi jednak o to, żeby wracać do przeszłości, ale żeby przypomnieć sobie pewne wartości. Może właśnie dlatego postać babci Prymulki jest tak bliska wielu osobom. Przypomina nam o świecie, w którym było więcej spokoju i miejsca na wspólne chwile.
Polska i Czechy mają wspólną miłość do ziół
Mam przed sobą polskie wydanie „Zielniczka”. Czy zioła i tradycje związane z ich wykorzystaniem są podobne w Polsce i Czechach, czy zauważyłaś między nami jakieś różnice?
Pochodzę ze Śląska, z Frydka-Mistka, kilka kilometrów od granicy z Polską i Słowacją. Od dzieciństwa czułam, że nasze kraje są sobie bardzo bliskie. Słuchaliśmy polskich programów, oglądaliśmy polskie bajki i dobranocki, więc ta wspólnota była dla mnie czymś naturalnym.
Mamy podobną przyrodę, podobne rośliny i wiele wspólnych tradycji związanych z ziołami. Oczywiście są różnice regionalne. Czasem inaczej nazywamy daną roślinę albo wykorzystujemy ją w trochę inny sposób. Ale to, co najważniejsze, pozostaje takie samo: szacunek do natury i wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie.
Kiedy przyjeżdżam do Polski, często mam poczucie, że rozumiemy przyrodę w podobny sposób. Dlatego bardzo się cieszę, że „Zielniczek” ukazał się także tutaj.
Myślę, że miłość do ziół i opowieści naszych babć nie potrzebuje tłumaczenia. To taki język, który rozumiemy niezależnie od tego, po której stronie granicy mieszkamy.
Dziękuję za rozmowę.
Monika Golasovská – czeska autorka książek o ziołach i naturalnym stylu życia. Pochodzi ze Śląska Cieszyńskiego, z Frydka-Mistka. Od lat zajmuje się tematyką ziół, tradycyjnego zielarstwa i wykorzystania darów natury w codziennym życiu. Jej książka „Bylinkář. Přírodní kouzla naší babičky” („Zielniczek”) zdobyła popularność w Czechach i została nominowana do nagrody literackiej Zlatá stuha.

