Jak rozmawiać z dorastającym dzieckiem? „Im starsze jest dziecko, tym mniej możemy wejść do jego świata siłą”

Redaktor naczelna biokurier.pl i mamywsieci.pl. Laureatka I nagrody w konkursie…
Z tego artykułu dowiesz się:
Dorastanie przynosi zmianę nie tylko młodemu człowiekowi, ale też jego rodzicom. Coraz więcej własnych decyzji, spraw, o których dziecko nie chce już opowiadać, i potrzeba większej prywatności sprawiają, że bliskość zaczyna wyglądać inaczej niż wcześniej. Jak być obok, nie wchodząc za daleko, i jak rozpoznać moment, w którym troska zamienia się w kontrolę? Zapytałam o to Magdalenę Boćko-Mysiorską, autorkę książki „Za uchylonymi drzwiami”.
Kiedy dziecko zaczyna potrzebować więcej własnej przestrzeni?
Tytuł Twojej książki to „Za uchylonymi drzwiami”. Co zatem znajduje się po drugiej stronie?
Magdalena Boćko-Mysiorska*: Świat dziecka, do którego z każdym kolejnym rokiem mamy trochę inny dostęp. Kiedy dziecko jest małe, jesteśmy bardzo blisko niemal wszystkiego, co przeżywa. Wiemy, że pokłóciło się z koleżanką, że ktoś zabrał mu zabawkę, że boi się ciemności albo że coś wydarzyło się w przedszkolu. Często przychodzi do nas od razu, płacze, wtula się, domaga obecności. Z czasem jednak zaczyna się to zmieniać.
W okresie nastoletnim?
Niekoniecznie. Dużo zmienia się już ok. 7-8 roku życia, kiedy świat dziecka wyraźnie się poszerza. Szkoła, relacje, grupa, porównywanie się z innymi, pierwsze silniejsze konflikty, poczucie wstydu, ocena innych ludzi, własne zdanie i coraz większa potrzeba decydowania o sobie zaczynają mieć ogromne znaczenie. Dziecko nadal jest dzieckiem, nadal bardzo nas potrzebuje, ale zaczyna też mocniej wychodzić w świat. Zostawia też część swoich spraw dla siebie. Mówi: „Nic się nie stało”, choć rodzic widzi, że za tymi słowami kryje się znacznie więcej. Czasem trzaska drzwiami. Czasem nie chce opowiedzieć, dlaczego pokłóciło się z koleżanką. Innym razem mówi: „Nie chcę mówić”, chociaż jeszcze niedawno chciało, żebyśmy rozwiązali za nie niemal każdy problem.
Tytułowe drzwi są dla mnie symbolem tego momentu. One nie są zamknięte, są uchylone. Tylko coraz częściej nie możemy już wejść bez pytania, bez uważności, bez szacunku dla tego, że po drugiej stronie rodzi się coraz bardziej odrębny człowiek.
Szukasz głębszego spojrzenia na emocje dorastającego dziecka, stawianie granic i radzenie sobie z trudnymi momentami w domu?
Więcej o relacji z nastolatkiem:
👉 Rozmowa z Anetą Stępień-Proszewską o złości, sprzeciwie i emocjach
Troska czy kontrola?
Oddanie dziecku większej przestrzeni nie zawsze jest dla rodzica łatwe. To trochę jak zrobienie kroku w tył.
Myślę, że często próbujemy utrzymać dawną bliskość z miłości. Kiedy dziecko jest małe, przytula się, siedzi na kolanach, chce, żebyśmy czytali, zasypiali obok, słuchali każdej historii. Potem część z tych rzeczy zaczyna znikać albo pojawia się rzadziej i dla rodzica bywa to bolesne. Możemy próbować tę dawną bliskość zatrzymać pytaniami, kontrolą, ciągłym byciem obok. Dopytujemy: „Co było?”, „Z kim siedziałaś?”, „Dlaczego jesteś taka cicha?”, „Co powiedziała koleżanka?”, „Pokaż mi”.
Bliskość z dzieckiem w wieku szkolnym i nastoletnim coraz częściej potrzebuje przestrzeni. To może być wspólne gotowanie bez rozmowy o problemach. Jazda samochodem. Oglądanie czegoś razem. Wyjście po coś do sklepu. Wieczór, kiedy dziecko siedzi obok i nagle, zupełnie nieoczekiwanie, mówi coś ważnego. Najpiękniejsze rozmowy bardzo często zaczynają się wtedy, kiedy nie próbujemy ich wymusić.
Dziecko może też nadal bardzo potrzebować czułości, tylko już nie zawsze w tej samej formie. Ośmiolatek może jeszcze chcieć się mocno przytulać, a za godzinę powiedzieć: „Nie wchodź do mojego pokoju”. Jedenastolatek może potrzebować mamy wieczorem, a rano wstydzić się, że rodzic macha mu przed szkołą. To nie jest sprzeczność, ale dorastanie. Dziecko jednocześnie potrzebuje nas i potrzebuje coraz więcej siebie.
Rozumiem to mniej więcej tak, że ja jako rodzic muszę ustawić się w cieniu.
Tak, i jest to bardzo trudne zadanie. Łatwo wtedy pomylić troskę z kontrolą. Pytamy, bo się martwimy. Sprawdzamy, bo chcemy chronić. Przypominamy po raz dziesiąty, bo boimy się konsekwencji. Oczywiście dzieci potrzebują granic. Siedmiolatek nie może sam odpowiadać za całe swoje życie, podobnie jak trzynastolatek nie jest jeszcze dorosłym człowiekiem. Rodzic nadal ma odpowiedzialność. Pytanie jest inne: czy nasza troska pomaga dziecku stopniowo przejmować odpowiedzialność za siebie, czy powoduje, że wszystko nadal znajduje się w naszych rękach.
Jeśli codziennie sprawdzamy plecak dziewięciolatka i pakujemy za niego rzeczy, to być może krótkoterminowo unikamy zapomnianej książki. Długoterminowo jednak nie dajemy mu ćwiczyć pamięci, planowania i radzenia sobie z konsekwencją. Możemy zrobić inaczej: stworzyć z nim listę, stałe miejsce na rzeczy, wieczorny rytuał pakowania. To nadal jest wsparcie, tylko już nie wyręczanie. Podobnie dzieje się później z ocenami, znajomymi, wyjściami, telefonem. Wpływ rodzica coraz mniej powinien opierać się na możliwości kontrolowania wszystkiego, a coraz bardziej na jakości relacji.
Czy ten moment przychodzi nagle, czy raczej pojawia się małymi krokami?
Dziecko zaczyna częściej mówić „sam”, „sama”, „wiem”, „nie musisz mi tłumaczyć”. Coraz mocniej przeżywa to, co dzieje się w grupie. Zaczyna inaczej reagować na poprawianie, pouczanie, wchodzenie z gotową odpowiedzią. To, co jeszcze niedawno odbierało jako pomoc, może zacząć odbierać jako brak zaufania. Rodzic może wtedy mieć poczucie, że dziecko się zmieniło albo że nagle stało się trudniejsze. Chciałabym odsunąć od nas właśnie takie myślenie. Dziecko nie stało się trudniejsze, tylko weszło w nowy etap rozwoju i potrzebuje od nas trochę innej relacji.
Siedmiolatek czy dziewięciolatek nadal potrzebuje pomocy w emocjach, tylko ta pomoc nie musi już polegać na nazywaniu wszystkiego za niego. Możemy częściej pytać: „Co się wtedy z tobą działo?”, „Co było dla ciebie najtrudniejsze?”, „Chcesz, żebym pomogła ci coś wymyślić, czy na razie mam tylko posłuchać?”. Ta ostatnia różnica jest bardzo ważna.
Dlaczego?
Dorośli mają ogromną potrzebę naprawiania. Dziecko mówi: „Ola powiedziała, że nie chce się ze mną bawić”, a w nas natychmiast uruchamia się: „To baw się z kimś innym”, „Nie przejmuj się”, „Ona nie jest ciebie warta”. Tylko że dziecko często nie potrzebuje rozwiązania, tylko najpierw potrzebuje mieć obok siebie kogoś, kto rozumie, że to zabolało. Możemy powiedzieć: „To chyba było przykre, kiedy usłyszałaś coś takiego od osoby, na której ci zależało”. I dopiero później: „Chcesz pomyśleć, co możesz zrobić jutro?”. To jest właśnie zmiana komunikacji. Mniej przejmowania steru, więcej towarzyszenia.
Czasem przychodzi to automatycznie. Jest pytanie albo określenie problemu, od razu dajemy odpowiedź.
I może właśnie naszym największym problemem jest właśnie to, że odpowiadamy za szybko? Gdybym miała wskazać jedną rzecz, którą rodzice mogliby zmienić w swoim sposobie rozmawiania z dorastającym dzieckiem, byłoby to właśnie zatrzymanie się przed odpowiedzią.
Dziecko mówi coś, a my jesteśmy już trzy kroki dalej. Mamy rozwiązanie, radę, ostrzeżenie. Kiedy słyszymy: „Nie chce mi się uczyć”, odpowiadamy: „Musisz, bo później będziesz żałował”. Kiedy mówi: „Nie mam przyjaciół”, odruchowo próbujemy pocieszyć: „Przecież masz Kubę”. Kiedy mówi: „Ona mnie nie lubi”, chcemy szybko zmniejszyć jego ból i mówimy: „Nie możesz przejmować się tym, co wszyscy myślą”. Każde z tych zdań jest logiczne, ale żadne z nich nie pomaga nam zrozumieć, co dzieje się w dziecku.
Wolałabym, żeby rodzic umiał zatrzymać się przy jednym zdaniu trochę dłużej. Kiedy dziecko mówi: „Nie chce mi się uczyć”, możemy zapytać: „Co najbardziej cię w tym teraz męczy?”. Kiedy słyszymy: „Nie mam przyjaciół”, zamiast od razu udowadniać, że to nieprawda, możemy powiedzieć: „Czujesz się ostatnio samotny?”. To nie są magiczne formułki. To jest sposób patrzenia na dziecko. Zamiast poprawiać jego doświadczenie, próbujemy je poznać.
Daj przestrzeń, nie znikaj
Co zrobić, kiedy na próbę rozmowy dziecko odpowiada: „Zostaw mnie”, „Nie będę z tobą rozmawiać”, a za chwilę trzaska drzwiami?
Bardzo pomaga mi myślenie, że zachowanie jest często najbardziej dostępnym w danym momencie językiem dziecka. Nie znaczy to, że każde zachowanie akceptujemy. Znaczy, że próbujemy zobaczyć coś więcej niż samą formę. „Zostaw mnie” może znaczyć: „Jest mi za dużo”. „Nie chcę teraz o tym mówić”. „Wstydzę się”. „Boję się twojej reakcji”. „Nie wiem jeszcze, co czuję”. Podobnie z młodszym dzieckiem, które krzyczy: „Nie lubię cię!”, bo zabraliśmy tablet albo nie zgodziliśmy się na kolejną słodycz. To nie jest chłodna deklaracja dotycząca relacji, tylko często język silnej frustracji.
Możemy odpowiedzieć: „Widzę, że jesteś rozzłoszczony. Możesz okazywać złość. Nie zgodzę się jednak, żebyś mnie obrażał”. Przy starszym dziecku może to brzmieć: „Rozumiem, że nie chcesz teraz rozmawiać. Daję ci przestrzeń. Wrócimy do tego później”. Najważniejsze jest właśnie to „wrócimy”. Przestrzeń nie powinna oznaczać zerwania kontaktu. Nie zostawiamy trudnego tematu na zawsze, tylko dajemy układowi nerwowemu czas na wyciszenie.
Rozumiem, że „daję przestrzeń” nie oznacza „radź sobie sam”?
Tak, i to rozróżnienie jest bardzo ważne. Dziecko powinno mieć poczucie, że może się odsunąć, a jednocześnie wiedzieć, że rodzic nadal jest blisko. W relacjach rówieśniczych ta zasada działa podobnie. Dziecko może wrócić ze szkoły wściekłe, rzucić plecak i powiedzieć: „Wszyscy są beznadziejni”. Jeśli zaczniemy od: „Na pewno nie wszyscy”, możemy stracić dostęp do opowieści. Jeśli powiemy: „Chyba wydarzyło się coś trudnego”, jest większa szansa, że usłyszymy całą resztę.
Dziecko ma prawo do własnego świata
Dziecko zaczyna wybierać własne drogi, przyjaciół i podejmować decyzje, z którymi rodzic nie zawsze się zgadza. Jak wtedy zachować bliskość i jednocześnie uszanować jego odrębność?
Część tego oddalania jest naturalna i potrzebna, bo dziecko, które dorasta, zaczyna coraz wyraźniej budować własny świat, własne relacje, własne zdanie i własny sposób patrzenia na siebie. Dużo bardziej martwiłabym się sytuacją, w której dziecko przestaje przynosić do domu trudne rzeczy nie dlatego, że już ich nie ma, tylko dlatego, że nauczyło się, że szczerość jest zbyt kosztowna. Spodziewa się wykładu, kiedy powie o jedynce, natychmiastowej interwencji rodzica, gdy opowie o konflikcie, albo „Wiedziałam”, kiedy przyzna się do błędu. Jeśli powie coś, czego dorosły się boi, może spotkać się z paniką, oceną albo gwałtowną reakcją. W takiej sytuacji dziecko zaczyna tworzyć osobny świat nie tylko dlatego, że dorasta, ale także dlatego, że chce uniknąć tego, co może spotkać je po szczerej rozmowie z rodzicem.
Bardzo chciałabym, żeby dzieci miały doświadczenie: „Mogę przyjść do rodzica również z czymś, czego on nie będzie chciał usłyszeć”. To nie oznacza przyzwolenia na wszystko ani rezygnacji z granic. Możemy powiedzieć: „To jest poważne”, możemy się nie zgadzać, możemy być rozzłoszczeni, przestraszeni czy rozczarowani, a jednocześnie dać dziecku poczucie: „Jesteśmy w tym razem. Nie musisz radzić sobie z tym sam”.
W takich sytuacjach często zastanawiam się, czy po całym dniu pracy i z własnym bagażem problemów będę w stanie dobrze poprowadzić taką rozmowę.
Najważniejsze jest chyba uznać, że rodzic także wnosi do rozmowy swój stan emocjonalny. Nie wchodzimy w konflikty jako neutralni eksperci. Wchodzimy zmęczeni, przeciążeni, czasem po trudnym dniu, z własnymi lękami i własną historią. Dziecko mówi: „Nienawidzę cię”, a my słyszymy znacznie więcej niż jedno zdanie. Możemy usłyszeć brak szacunku, porażkę wychowawczą, odrzucenie. Dziecko trzaska drzwiami, a w nas odzywa się myśl: „Na to mu pozwoliłam?”.
W takich chwilach bardzo łatwo przestać widzieć człowieka po drugiej stronie i zacząć walczyć o to, kto ma rację. Ogromnie ważna jest zdolność zatrzymania rozmowy. Możemy wziąć kilka wolniejszych oddechów, na chwilę wyjść do innego pomieszczenia, napić się wody, oprzeć dłonie o blat, poruszyć ciałem albo wypuścić napięcie w sposób, który nikogo nie rani. Można mocno ścisnąć poduszkę, krzyknąć w nią, jeśli czujemy, że tego właśnie potrzebuje ciało, albo przez chwilę pobyć samemu, zanim wrócimy do kontaktu. Ważne jest, żeby nie próbować prowadzić rozmowy w momencie, w którym sami jesteśmy już na granicy wytrzymałości. Możemy powiedzieć: „Jestem teraz bardzo zdenerwowana i czuję, że nie będę umiała dobrze z tobą rozmawiać. Potrzebuję chwili. Wrócę do tego”.
To jest bardzo mocny komunikat. Pokazuje dziecku, że emocja nie musi przejąć kontroli nad zachowaniem i że można zrobić sobie przerwę, zanim powie się albo zrobi coś, czego później się żałuje. Trzeba pamiętać, że dzieci uczą się regulacji przede wszystkim w relacji. Nie tylko wtedy, kiedy mówimy im: „Uspokój się”, lecz wtedy, kiedy widzą, jak my sami obchodzimy się ze swoim gniewem, napięciem i bezradnością.
Na nasze reakcje wpływają też przekonania, z którymi sami dorastaliśmy.
Zdecydowanie. Jednym z takich przekonań jest myślenie, że dobry rodzic to taki, którego dziecko słucha. Wtedy każde dziecięce „nie”, każda dyskusja czy odmienne zdanie mogą być odbierane jak podważenie autorytetu. Dziecko, które protestuje, negocjuje albo mocno przeżywa postawioną granicę, nie jest dzieckiem, które nie szanuje rodzica. Często właśnie w ten sposób wyraża siebie, buduje własne zdanie, poczucie odrębności i coraz większą samodzielność.
Wielu z nas dorastało w świecie, w którym ceniono grzeczne dzieci, czyli takie, które nie sprawiają kłopotu, szybko się uspokajają, nie okazują zbyt mocno złości, smutku czy rozczarowania i dostosowują się do oczekiwań dorosłych. Kiedy stajemy się rodzicami, zupełnie nieświadomie oczekujemy tego samego od własnego dziecka. Jego silne emocje zaczynają nas drażnić, płacz chcemy szybko zatrzymać, a złość odbieramy jako coś, co trzeba natychmiast wyciszyć. Dziś wiemy, że za zachowaniem dziecka często stoi coś więcej: niezaspokojona potrzeba, silna emocja, potrzeba kontaktu, bezpieczeństwa, bycia zauważonym, a z wiekiem coraz częściej także potrzeba autonomii, wpływu i sprawczości. Dziecko zaczyna coraz mocniej chcieć decydować o sobie, mieć własne zdanie, próbować po swojemu, popełniać błędy i doświadczać, że ma realny wpływ na swoje życie. Dla rodzica to bywa trudne, bo trzeba jednocześnie chronić, pokazywać granice i stopniowo oddawać przestrzeń.
Trudno czasem rozpoznać, kiedy jeszcze pomagać, kiedy się wycofać, kiedy powiedzieć „nie”, a kiedy po prostu zaufać.
Stąd tak ważne jest, żeby nie zatrzymywać się wyłącznie na samym zachowaniu, tylko próbować zobaczyć, co dziecko nim komunikuje i czego w danym momencie może potrzebować.
I jeszcze jedna rzecz: jako rodzice potrzebujemy patrzeć nie tylko na dziecko, ale też na siebie. Z jakiego miejsca reaguję? Czy naprawdę chodzi o to, co wydarzyło się teraz, czy może odzywa się we mnie doświadczenie z własnego dzieciństwa? Czy stawiam granicę, czy próbuję odzyskać kontrolę? Czy zależy mi na wzajemnym szacunku, czy na tym, żeby dziecko po prostu zrobiło to, czego oczekuję?
Na początku rozmawiałyśmy o tym, co znajduje się za uchylonymi drzwiami. Na koniec chciałabym wrócić do tej metafory i zapytać, czy powinniśmy otworzyć je szerzej.
Nie. Im starsze jest dziecko, tym mniej możemy wejść do jego świata siłą. Możemy za to sprawić, że będzie wiedziało, gdzie nas znaleźć. Pisząc „Za uchylonymi drzwiami”, chciałam przede wszystkim pokazać, że bliskość z dorastającym dzieckiem nie polega na tym, żeby wiedzieć o nim wszystko. Chodzi raczej o to, żeby było pewne, że może do nas wrócić.
Dziękuję za rozmowę.
*Magdalena Boćko-Mysiorska – od ponad dziesięciu lat wspiera rodziców i specjalistów w budowaniu empatycznych i konstruktywnych relacji z dziećmi. Promuje Rodzicielstwo Bliskości, Porozumienie bez Przemocy (NVC), teorię autodeterminacji, neuropsychologię i neurodydaktykę. Prowadzi szkolenia i warsztaty, w których wzięło udział już pół miliona osób.
Jak oceniasz ten tekst?
Redaktor naczelna biokurier.pl i mamywsieci.pl. Laureatka I nagrody w konkursie Dziennikarz Medyczny 2016 roku. Autorka wielu artykułów o tematyce medycznej i prozdrowotnej. W wolnych chwilach lubi czytać kryminały, chodzić na spacery i układać puzzle. Przez wiele lat publikowała w serwisach grupy wp.pl












